musiq
 

THE WATERBOYS

 
Brak zdjęcia
NAZWA
The Waterboys
UTWORZONO
Londyn, Anglia, 1981
DZIAŁAŁ
od 1981 do 1993
CZŁONKOWIE
GATUNEK
WYTWÓRNIE
Alex, BMG International, Chrysalis, Ensign/Chrysalis, Geffen, Razor & Tie
ID WYKONAWCY
17142
HISTORIA
 
The Waterboys - przez góry w stronę Nieba



Jest muzyka, która wprowadza nas w nieco inny świat, do tej pory nam nie znany.
Są dźwięki, które gdy słyszymy, stajemy się nieco innymi ludźmi. Są też wykonawcy, którzy trwale zmieniają nasze dotychczasowe życie; sprawiają to, ...
 
DOROBEK ARTYSTYCZNY
 

ALBUMY

Fishermans Blues Collectrors Edition - The Waterboys Fishermans Blues Collectrors Edition 2006   CD  
This Is The Sea-Remastered - The Waterboys This Is The Sea-Remastered 2004   CD  
Rock In The Weary Land - The Waterboys Rock In The Weary Land 2000 Produkt polecany CD  
Dream Harder - The Waterboys Dream Harder 1993   CD  
Room To Roam - The Waterboys Room To Roam 1990 Produkt polecany CD  
Fishermans Blues - The Waterboys Fishermans Blues 1990 Produkt polecany CD  
Fisherman'S Blues - The Waterboys Fisherman'S Blues 1988 Produkt polecany CD  
This Is The Sea - The Waterboys This Is The Sea 1985 Produkt polecany CD  
Pagan Place - The Waterboys Pagan Place 1984 Produkt polecany CD  
Waterboys - The Waterboys Waterboys 1983 Produkt polecany CD  
 

SINGLE

Glastonbury Song - The Waterboys Glastonbury Song 1993   CD  
 

INNE

ROOM TO ROAM (COLLECTRORS EDITION) - The Waterboys ROOM TO ROAM (COLLECTRORS EDITION) 2008   CD  
Book Of Lightning - The Waterboys Book Of Lightning 2007   CD  
A Pagan Place-Remastered - The Waterboys A Pagan Place-Remastered 2002   CD  
Waterboys-Remastered - The Waterboys Waterboys-Remastered 2002   CD  

Legenda:
Koszyk - dodaj do koszyka
Polecany - produkt polecany przez użytkowników musiq.pl

 
 
WASZYM ZDANIEM
1-10 z 10 komentarzy
Autor:
led lighting [2013-09-10] [url=http: //www. icamtech. net]led lighting[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] light[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] lights[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] lighting[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] tubes[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] flood light[/url], [url=http: //www. icamtech. net/led_panel]led grow panel[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] bulbs[/url], [url=http: //www. icamtech. net]LED lights[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] levou luz[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] [url=http: //www. icamtech. [spam!] stradale a led[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] [url=http: //www. icamtech. [spam!] [url=http: //www. icamtech. [spam!] LED panneau[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] [url=http: //www. icamtech. [spam!] [url=http: //www. icamtech. [spam!] par lamp[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] spotlight[/url], [url=http: //www. icamtech. net/led_candles]LED kandila[/url], [url=http: //www. icamtech. [spam!] lightbars[/url], led lights,
marty [2009-02-26] Dei
[2007-01-21] Po tych opiniach nie mam naprawde juz nic do dodania procz tego ze muzyka jest kluczem do naszych dusz a moja otworzyla muzyka tego zespolu mam nadzieje czytelnkiku ze przelamiesz lody niesmialosci i siegniesz po ktoras z plyt tej grupy i pomoze ci to rowniez odkryc na nowo swiat i cieszyc sie zyciem
Cazz [2006-03-12] witam jestem obecnie w anglii i mam doczynienia z Waterboys pan Wickham pracuje ze mna i mam kilka piosenek kture jeszcze nie ujżału estrady sa wspaniale i też mam kilka fotek od Biana kuzyna Steve"a sa to wspaniali ludzie i bardzo rozrywkowi a to ze rozbionzali beand to nie prawda grali 3 miesiące temu w Londynie polecam ich przyjaciół twż wspaniali ludzie The Gallus Cowboys
Sternik [2006-01-06] Witam bardzo serdecznie!
Każdy, kto czuje sie wielkim fanem The Waterboys, niech lepiej zgłosi sie do mnie, a nie będzie żałował :)
Pozdrawiam serdecznie!
Tomasz Kostyła [2005-08-13] THE WATERBOYS- przez góry w stronę Nieba


Jest muzyka, która wprowadza nas w nieco inny świat, do tej pory nam nie znany. Są dźwięki, które gdy słyszymy, stajemy się nieco innymi ludźmi. Są też wykonawcy, którzy trwale zmieniają nasze dotychczasowe życie; sprawiają to, że stajemy się uczestnikami wędrówki wraz z wykonawcą- przez jego całą twórczość artystyczną, tę lepszą, wzniosłą, spontaniczną, ale i też tą już profesjonalną i oddaną sławie.
Jest taki zespół, który to sprawił, iż kroczę wraz z nim po drodze jego sławy. Jestem dalekim świadkiem jego długoletniej twórczości. Jest zespół, który prawie każdy swój album dedykuje Bogu, dziękując za miłość i muzykę. I choć jego leader w sposób genialny tworzy teksty oraz muzykę- unika sławy zaszywając się w małym szkockim miasteczku.
Muzyka rockowa, jakże szeroka i wieloznaczna w swoich brzmieniach, stylach, a jednak prosta i porywająca. Wydawałoby się, że z gitar niewiele już można wydobyć. Ale zespół ten, oprócz gitar i perkusji, korzysta z brzmień fortepianu, skrzypiec, instrumentów dętych, cello, a także z wielu szkockich instrumentów ludowych. Robi to tak umiejętnie, że słuchając ich kompozycji wyobrażam sobie to, co twórca tak naprawdę chciał przekazać, abym odbierając tę muzykę mógł tego doznać. To również podróż do marzeń, kiedy otwierając pudełko zwane wyobraźnią przenoszę się za mur Hadriana, do Szkocji.
Cechą tej niezwykłej grupy jest to, że słuchając jej albo się od razu ją akceptuje, albo odrzuca. Ja wybrałem to pierwsze rozwiązanie dawno, dawno temu, w przypadkowych okolicznościach. I chociaż grupa ta niezbyt często gości w mediach, nie faworyzują ją komercyjne rozgłośnie- posiada liczne grono wielbicieli w całym łacińskim świecie, mimo iż nie narzuca się na sceny, ani nie prowadzi komercyjnej walki o swojego odbiorcę, nie zdobywa na siłę rozgłosu. Zespół jest daleki od show biznesu, plejady reklam, nie ulega stale zmieniającym się nastrojom oraz trendom. Muzyka ta jest trwała, fascynująca i niezwykła jak pasmo Grampianów, a niekiedy jednolita niczym zielone pola Irlandii.
Piosenki, które zespół ten wykonuje nie należą do utworów banalnych. Każda z nich to osobny element jakby jednej, opowiadanej historii, która opiera się o tożsamość kulturową, romantyzm uczuć czy realizm codzienności. Nawet dla kogoś, kto nie jest związany kulturowo z rodowodem grupy, stanowią one jakieś ukryte, budujące i pozytywne przesłanie.
Osobiście jestem emocjonalnie związany z tym zespołem, nie ukrywam tego, iż podziwiam jego dokonania, w szczególności doceniam dorobek twórczy Mike`a Scotta- głównej postaci i leadera grupy. Jego twórczość odbieram jako coś własnego, coś co wpływa na postawę, co zmienia życie w sferze kulturalnej. Dlatego piszę o tym, pragnąc przybliżyć historię zespołu WATERBOYS, historię, która nigdy się nie kończy, bo rzeczy dobre, te nieprzemijające, twórcze, określające naszą postawę wobec wartości, są stale do odkrycia w tekstach i muzyce tej irlandzko- szkockiej grupy. To, czego doznajemy słuchając, znacznie wykracza poza stereotyp dobrego dźwięku. To naprawdę coś więcej i więcej...


Moja przygoda z THE WATERBOYS rozpoczęła się nader przypadkowo i prozaicznie. Gdzieś u schyłku szkoły podstawowej, wiedziony tajemniczym instynktem, znalazłem się pewnego wiosennego dnia przy włączonym telewizorze. Był rok 1984 i na czarno- białym monitorze dostrzegłem faceta z gitarą, który śpiewał pewien przejmujący utwór. Najpierw kątem oka, za chwilę z coraz to większym zainteresowaniem, spoglądałem na niego wsłuchując się w ten charakterystyczny głos. Artystą tym był Mike Scott, a ballada która śpiewał to „December”. Lecz o tym dowiedziałem się później, jak i o innych dokonaniach jego grupy WATERBOYS.
Mike Scott założył zespół w 1981 roku, w Szkocji. Miał już za sobą doświadczenie nabyte we wcześniejszych kapelach. Do dnia dzisiejszego jest jedynym stałym członkiem zespołu i 90% wkładu twórczego pochodzi od niego. Kiedy śpiewał na ekranie mojego telewizora w szarych latach PRL, jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że któregoś dnia zdobędę niemal wszystkie materiały związane z tą grupą. Nie śniłem o tym, że płyty WATERBOYS będą w moich zbiorach, a także solowe albumy Mike`a. Bo pierwszą ich płytę CD kupiłem dopiero w 1990 roku, chociaż wcześniej, dzięki III PR i audycjom Piotra Kaczkowskiego w kultowym Mini- Maxie zaznajamiałem się z twórczością i poznałem na wylot dwa utwory: „December” oraz „A Girl Called Johny”.
Pierwsza płyta WATERBOYS wydana w lipcu 1983 roku, to początek długiej i niezwykłej drogi w nurcie rocka celtyckiego, mówiąc ogólnie. Bardzo trudno jest inaczej zaszufladkować ten album, jak i następne po nim. Płyta jest spontaniczna i niezwykła w brzmieniu oraz aranżacji. Tchnie twórczą świeżością i nie brak jej dobrego warsztatu- debiut niezwykle udany. Pamiętać należy, że artyści w swoim brzmieniu i tekstach odwołują się do dorobku kulturowego Szkocji oraz Irlandii. Obok rockowych kompozycji mamy tez celtyckie ballady ( piękna Gala) jak i dynamiczne riffy (I will not Follow). Osiem zmysłowych kompozycji, zakończonych długim „Savage Earth Heart”


Drugi album grupy ukazał się w 1984 roku. Jest przez wielu uważany za najlepszą płytę, choć osobiście jestem daleki od tego twierdzenia. „A Pagan Place” jest materiałem dojrzalszym, nie mniej spontanicznym, różniącym się od pierwszego, ale zawierający tą samą myśl przewodnią. Patrząc przez pryzmat całokształtu twórczości, wiem, iż nie jest to szczyt możliwości Mike`a Scotta. Ale wtedy, słuchając pierwszego utworu „The Church Not Made With Hands”, który i w Polsce stał się wielkim przebojem, widziało się wielki krok naprzód w karierze grupy.
Podobnie jak w przypadku pierwszej płyty- „A Pagan Place” również składał się z kompozycji nawiązujących do celtyckiego rodowodu o różnorodnej dynamice i ekspresji. Ad exemplum: dynamiczny, przestrzenny „Rags” i „Red Army Blues” – utwór w czasach PRL skutecznie blokowany przez cenzurę. A jest to opowiedziana historia żołnierza Armii Czerwonej, który po zakończeniu wojny trafia z powrotem do łagru, gdzieś na Syberii.
Cała płyta ma charakter zamknięty, jest tak pomyślana, aby stanowiła kolejną opowieść; historię, która i tak się toczy, a muzyka, będąca wyrazem odczuć duchowych, bo takie można odnieść wrażenie- to tylko nieco inna forma jej przekazu.
Odbieram „A Pagan Place” jako dzieło dojrzałe, ale jeszcze niespełnione, takie które daje odbiorcy chwilę oddechu przed czymś niezwykłym, co jeszcze nastąpi. Tą zapowiedzią jest ostatni utwór tytułowy, o niesłychanej ekspresji brzmieniowej w operowym stylu i bardzo charakterystyczny dla tego okresu twórczości THE WATERBOYS.
Ponieważ „A Pagan Place” został znakomicie przyjęty w Europie, można było by się zastanawiać co dalej, w jaką stronę pójdzie grupa Mike`a Scotta. Zazwyczaj trudno jest oczekiwać od wykonawcy czegoś na tyle nowego, co pozwoli na zachowanie stylu, a z drugiej strony nie znuży odbiorcy, umożliwi wniesienie czegoś nowego, zachowując przy tym swój charakter. W przypadku, kiedy artysta stara się oprzeć wszelkim panującym modom i trendom danej epoki- może to być trudne. To ryzykowne przedsięwzięcie ma tylko dwie alternatywy: sukces lub zapomnienie.
W przypadku Scotta, który, można rzec, wypracował swój styl i był dzięki temu rozpoznawalny, wybór okazał się nieprzypadkowy. Muzyk najprawdopodobniej czuł, że jest w stanie stworzyć coś bardziej doniosłego, przewyższającego to, co do tej pory nagrał. Podbudowany nadal niewyczerpanymi pomysłami, przy udziale znakomitych muzyków, z dala od nacisków speców od karier; zabrał się do pracy.

Jesienią roku 1985 ukazał się trzeci album grupy WATERBOYS „This is the Sea”. To ostatnia część niezwykłej trylogii celtyckiego rocka w barwach szarości szaty graficznej okładek. Ten niezwykle piękny album, który łączy w sobie spontaniczność z profesjonalizmem, jakże zaskakujący nawet po wielokrotnym odsłuchaniu, odkrywczy za każdym razem i tak bogaty w treść. Muzyka ujmowana w szczególny sposób: dla jednych romantyczna, folkowo- sentymentalna dla innych to dobry rock, ktoś jeszcze dopatrzy się rocka symfonicznego- to wszystko prawda. Nie da się tych utworów zaszufladkować, sprowadzić do jednego stylu. Dziewięć kompozycji poprzedzonych przepięknym, romantycznym wstępem szkockiego trębacza Roddy`ego Lorimera, związanego z grupą od początku. Dziewięć historii, opowieści, przemyśleń oraz wrażeń. Nie można słowami oddać tego, co jak najbardziej warto jest posłuchać.
„This is the Sea” z pewnością należy do albumów koncepcyjnych. Charakterystyka twórczości THE WATERBOYS jest taka, że utwory nie powstają od razu, ani od razu nie są na siłę publikowane. One, jak dobre gatunkowo wino dojrzewają w zaciszu, aby w odpowiednim momencie ujrzeć światło dzienne.
Dziewięć utworów, dla których warto nauczyć się na nowo marzyć, odrodzić w duchu wrażliwości, zmienić się na tyle, aby zamykając oczy, móc przenieść się do „starej, umierającej Anglii”.
Muzyka, nie szukająca sławy bywa odnajdywana przez wartościowych ludzi, którzy się z nią utożsamiają na zawsze. Nie zawsze się to dzieje od razu, czasem trzeba bardzo wielu lat. THE WATERBOYS uczynili to nagle, trafiając na ludzi, którzy docenili wizje Mike`a Scotta. To „This is the Sea” powiodła zespół na niedostępne do tej pory wyżyny.
Ale czas i sława potrafi przeminąć, więc fani oczekiwali od zespołu czegoś innego. W którą więc stronę powinien kroczyć WATERBOYS, wyczerpawszy pewne możliwości koncepcyjne?


Odpowiedź przyszła po trzech latach w październiku 1988 roku, w postaci albumu „Fisherman`s Blues”. Dla dotychczasowych fanów grupy płyta ta z pewnością była zaskoczeniem. Była inna, i trudno było porównać ją z wcześniejszymi dokonaniami. Nawet okładka zmieniła swój wygląd. Nie było to jednak całkowite oraz definitywne odejście od pierwotnych form zespołu. Utwory czysto folkowe, brzmienie country, przewaga instrumentów akustycznych oraz skrzypiec- oto bardzo odważny krok Mike`a Scotta. Mike zmienił prawie wszystko oprócz własnego głosu. Przez sesję nagraniową przewinęło się kilkudziesięciu muzyków, a nawet został zaproszony do studia irlandzki bard Thomas McKeown.
„Fisherman`s Blues” zawiera w sobie wiele optymizmu i lekkości. Tylko przedostatni utwór „The Stolen Child” przypomina nam wcześniejszy dorobek zespołu, co jest niezwykle odważnym krokiem. I chociaż wielbiciele zostali wystawieni na pewną próbę, to od tego momentu, nie tracąc wiernego grona wielbicieli, THE WATERBOYS zyskali nowych fanów. Nie tylko zresztą w europie, ale i w Ameryce.
W zbliżonym stylu ukazał się później album „Room to Roam”. I chociaż przysłonięty powodzeniem „Bluesa Rybaka”, zawierał bardzo udane kompozycje, chociażby „The Raggle Taggle Gypsy” czy „How Long will I Love You”. Do albumu tego Mike pozyskał muzyków z wszystkich niemalże kręgów rdzennie kulturowych Wielkiej Brytanii. Stąd też „Room to Roam” bardziej rockowy od poprzedniego, wnosi wiele ciekawych rzeczy.
Potem znowu nastąpiła przerwa, tym razem dwuletnia, podczas której wydana została składanka z przebojami grupy, a w maju 1993 roku nowy album „Dream Harder”. Jest to chyba najbardziej rockowa płyta w obecnej karierze zespołu. Jeszcze inne brzmienie- charakterystyka utworów daleka co prawda od folku, ale za to pełna dynamiki. Materiał został przyjęty z wielkim zainteresowaniem. I chociaż nie jest to twórczość trudna, zawiera różnorodność w konstrukcjach utworów, mimo iż THE WATERBOYS nie robi skomplikowanej muzyki. Wszystko, co się na nią składa, to muzycy z dużą wyobraźnią, wręcz niewyczerpane zasoby intelektualne Mike`a oraz wizja, tak ważna w tego rodzaju twórczości. Te wszystkie elementy słuchacz odnajdzie również na „Dream Harder”. Ktoś napisał o tej płycie kiedyś, że jest to odmiana sentymentalnego hard rocka z olbrzymią dawką romantyzmu- i chyba trafnie określił, o czym może świadczyć kompozycja „Return of Pan”; suplement muzyczny do ballady „The Pan Within” z albumu „This is the Sea”.
Być może też ciepłe przyjęcie „Dream Harder”, albo chwilowy brak koncepcji sprawił, że zespół odkrył swoim fanom prezent w postaci niezwykłej składanki „The Secret Life of Waterboys”, na której znalazły się stare utwory grupy w innych nieco aranżacjach bądź wersjach, a także kilka wspaniałych utworów nigdzie wcześniej niepublikowanych: „We Going to Paris”, „Billy Speaks” czy przyprawiający o drżenie serca „Love That Kills”.
W przeciwieństwie do standartowych płyt z gatunku „The Best of...” WATERBOYS zawsze miał w zanadrzu jakąś muzyczną niespodziankę. I chociaż zespół jak do tej pory wydał trzy płyty o charakterze retrospektywnym, to na każdej z nich dołączony jest utwór szerzej nie znany, lub bonus z koncertu, co na płycie „Secret Life of...” stanowi kompozycja „Savage Earth Heart” w znakomitym wykonaniu z koncertu w Holywood.

Przez te wszystkie lata istnienia THE WATERBOYS stał się legendą i symbolem nie tylko dla swoich oddanych fanów, bo to rzecz oczywista, ale był kojarzony z postawą szczególnie non konformistyczną, którego muzyka potrafiła wpływać i zmieniać ludzkie gusty. Ci, którzy towarzyszyli grupie od samego początku, śledzili jej dokonania artystyczne, zapewne nieustannie zadawali pytania, co dalej, bo jest teraz super? Czy koncepcja, pomysły i wizje, jeśli są aktualnie, nie zmienią swoich środków wyrazu, czy muzyka zespołu wytrzyma konfrontację z nowymi trendami, nawet pojawiającymi się w rocku celtyckim?
Myślę, że każdemu artyście w jego karierze towarzyszą wszelkie spekulacje, co do przyszłej twórczości. Artysta tej klasy co Mike Scott, to postać nietuzinkowa, potrafiąca przełożyć swoje wizjonerskie pomysły na język muzyki. Była druga połowa 1994 roku i nic nie zanosiło się, aby WATERBOYS mógł powtórzyć tak wielki sukces z lat osiemdziesiątych. Wydawało się, że grupa minęła już punkt kulminacyjny w takim rozumieniu, w jakim była do tej pory odbierana. Co jeszcze mógł zrobić Mike Scott, aby oprzeć się standaryzacji?

Genialnym krokiem jaki uczynił ten szkocki artysta, to płyta solowa. Na album „Bring`em All In” złożyło się trzynaście kompozycji akustycznych. Scott skorzystał jedynie z gitar, harmonijki, fortepianu i niektórych instrumentów perkusyjnych. Muzyka w stylu Boba Dylana, ale o charakterystycznym, tożsamościowym zabarwieniu. Słuchając tych utworów odbywamy podróż do miejsc historycznych,: na wyspę Iona- kolebki iroszkockiego chrześcijaństwa, do komnat zamku Edyngurg, w magiczne zaułki miasta duchów- Dublina.
Ta prosta muzyka, owiana celtycką mgłą, która przyciąga do siebie klimatem, wymaga nie jednorazowego przyswajania, szczególnie gdy jej słuchaczem jest osoba spoza wysp brytyjskich. Przyznam szczerze, że do mnie ten album nie trafił od razu, jednak teraz, po wielokrotnym jego przesłuchaniu doceniam wszelakie jego walory. O takich płytach mówi się krótko: ma klimat.
Mike Scott poszedł za ciosem, bo w 1997 roku wyszła druga solowa płyta artysty „Still Burning”. Materiał wypełniony szczelnie gitarami, jak zwykle zróżnicowany w swojej treści, nie tak spójny jak wcześniejsze płyty. No i czuje się bardzo, że brak mu spontaniczności, chociaż zawiera ciepłą i długą balladę „Love Anyway” rodem z WATERBOYS.
Rok później kolejna niespodzianka. W czerwcu ukazuje się podwójny album koncertowy THE WATERBOYS „The Live Adentures of the Waterboys”, pierwszy taki album w historii zespołu. To zapis koncertów z 1986 roku ze Szkocji, Irlandii, Anglii oraz Holandii. Mamy okazję zapoznać się wreszcie na żywo z wielkimi przebojami zespołu, którego muzycy brak efektów studyjnych oraz dodatkowych instrumentów; nadrabiają mistrzostwem swoich umiejętności. To dowód na to, że WATERBOYS znakomicie sobie radzi na scenach.
Ponieważ Mike Scott nadal szukał pomysłu, w 1998 roku ukazała się już trzecia składanka przebojów grupy jednak bez większych rewelacji poza utworem „Higher in Time”. W sumie był to ukłon w stronę oddanych fanów zespołu, chociaż równolegle pojawiły się głosy o końcu kariery Scotta i jego zespołu, spekulacje na temat dalszej twórczości. Próbowano usilnie odgadnąć jaki charakter przybierze dalsza kariera muzyka. I czy jeszcze cokolwiek i kiedykolwiek się ukaże.


„A Rock in the Weary Land” ujrzał światło dzienne we wrześniu 2000 roku. W tym stuleciu była to ostatnia płyta THE WATERBOYS; płyta, do której podchodzę stale z mieszanymi uczuciami.
Trudno dociec jakie były rzeczywiste zamierzenia Mike`a, można jedynie domyślać się, że postanowił w końcu wnieść coś nowego do aranżacji, lecz nie bardzo wiedział co i jak ma to zrobić. Mówiąc jaśniej, Scott wysilił się na próbę połączenia nowoczesności z zachowawczym, charakterystycznym dla swojej twórczości brzmieniem. W rezultacie album „A Rock in the Weary Land” wydaje mi się nieco pogubiony, może i zróżnicowany, co nie znaczy że jest słaby. Trudno też wymagać, aby był taki jak te z lat 80- tych, jednakże po tak wielu latach udanych pomysłów można wymagać czegoś więcej. Słuchałem tej płyty wiele razy i summa summarum nie mogę jej jakoś pogodzić z całością wcześniejszych dokonań. Poza dwoma pierwszymi utworami, nie umiem znaleźć głębszych odniesień do dotychczasowego klimatu tej niezwykłej grupy.
Może to sam Mike Scott zrozumiał, że zaszedł ciut za daleko lub Bóg, do którego muzyk ten tak często się zwracał sprawił, iż pierwszym albumem XXI wieku był materiał „Too Close to Heaven”- zapis dotychczas niepublikowanych utworów, nie zamieszczonych na płytach z lat 80-tych, a szczególnie z sesji „Fisherman`s Blues”. To bardzo udany prezent dla fanów, akurat po wydaniu „A Rock in the Weary Land”, bowiem piosenki są znakomite, aż dziwne, że Mike ukrył je wcześniej przed naszymi uszami.
Bardzo dobrze, że w nowym Milenium THE WATERBOYS, zaprezentował się ze starej, celtyckiej strony. Większość z nas , miłośników tej grupy, z powrotem przypomniała sobie tę żywą, twórczą, przepełnioną spontanicznością i smutkiem muzykę. Czy miało to stanowić akt skruchy za poprzedni album?

Aż wreszcie przyszedł rok 2003. Było to już dwadzieścia lat od wydania pierwszej płyty i wtedy światło dzienne ujrzał album „Universal Hall”. To całkowicie nowy materiał, do którego Mike Scott przygotowywał się bardzo solidnie. Jest to płyta niezwykła, na której Scott najbardziej akcentuje swoje oddanie Bogu i wierze. Nie jest to rzecz jasna muzyka religijna, tylko nowy, stary WATERBOYS, ukierunkowany w stronę wartości nazwanych nieco dosadniej, jak chociażby w utworze „The Christ in You”:
Zamierzam spojrzeć dwukrotnie na Ciebie
Zanim zobaczę w Tobie Chrystusa
Kiedy patrzę oczami miłości

Myślę, że te istotne słowa stanowią ważne przesłanie „Universal Hall”. Wędrując z grupą od 1983 roku po górzystych ścieżkach dalekiej, ale jakże mi bliskiej, kultury celtyckiej; nauczyłem się patrzeć nieco głębiej na to wszystko, o czym w swoich tekstach śpiewa Mike Scott. Przywoływana niejednokrotnie mistyczna wyspa Iona, jawi się nam jako symbol czegoś bardzo prostego, ale w tych czasach coraz bardziej trudnego- to symbol życia w zgodzie z Bogiem.
Zaryzykuję stwierdzenie, że album „Uniwersal Hall” stanowi pointe dotychczasowej twórczości WATERBOYS i całej drogi Mikea Scotta, który tą droga kroczył od zielonych pół wokół Galaway, poprzez Dublin, Edynburg, coraz wyżej- ku szkockim szczytom, z których już tylko widać czyste Niebo.

Rock celtycki stoi z boku wielkiej sławy. Artyści ci kroczą własną drogą pełnej wytrwałości, mistyki, innej niż szerokie aleje pop kultury oraz koterii MTV. W czasach inwazji na kulturę europejską wszelkiego murzyństwa, nieustannego bombardowania nas zaprogramowaną elektroniką; trudno jest znaleźć alternatywę, która zostanie w naszej świadomości dłużej niż kilka godzin słuchania. Dlatego wszyscy z nas poszukujący- wędrujący; szczelnie wypełniamy sale koncertowe kiedy na scenę wkraczaja ad exemplum: RUNRIG, POGUES, CLANNAD, CRUAHAN, HOTHOUSE FLOWERS, BIG COUNTRY czy LOREENA MACKENNIT.
Ta muzyka nie potrzebuje szukać rozgłosu, daleka jest od skandali. To wielka sztuka, o czym niejednokrotnie przekonała nas grupa WATERBOYS. Do takiej muzyki zawsze trafią ludzie. Odbierają ją właściwie, zachowują to przesłanie, tak jak tego z pewnością oczekiwał Mike Scott.
Mimo, iż zespół nigdy nie gościł w Polsce, to, jak wspominałem, jest w naszym Kraju doskonale znany, nie tylko z audycji Piotra Kaczkowskiego w III programie PR. Na koncercie w Findhorn w teatrze Uniwersal Hall, w styczniu 2002 roku na około 450 osób, jedna trzecia stanowili Polacy, jak podała lokalna prasa muzyczna.

Mamy rok anno domini 2005. we wrześniu minie dwadzieścia lat od ukazania się albumu „This is the Sea”. To przywołuje kilka refleksji. Włączam płytę (który to już raz?), i nadal czuję się tak jakbym to robił po raz pierwszy z takim namaszczeniem, w uniesieniu niezaspokojonej ciekawości. To stan niezwykły, zawężony do dwóch, trzech zespołów.
Wsłuchuję się w preludium utworu „Don`t Bang the Drum”, gdzie znakomity szkocki trębacz Roddy Lorimer swoim mistrzowskim solo wprowadza nas do środka, zapraszając do wspólnej podróży. To dopiero początek wrażeń...ale za to jaki.
W tym roku będzie już dwadzieścia lat. Na płytach THE WATERBOYS tego czasu się nie czuje, to tak jakby ta muzyka ten czas zatrzymała, bądź znalazła się ponad tym wymiarem. To dlatego Mike śpiewa:
„...zamknij swoje oczy, oddychaj powoli, a my zaczniemy...”

Zacznijmy więc....




Tomasz J. Kostyła

Grzegorz Matysiak [2005-07-31] A ten saksofon na Pagan Place, miodzio...
Grzegorz Lejdy [2005-06-18] Świetna kapela i to nie komercyjna.Swietne teksty.Chłopaki grają naturalnie, po prostu muzyka z duszą.
[2005-01-30] Doskonali do tańczenia. Fantastyczne brzmienie i klimat. Warto ich co jakiś czas na nowo odkrywać.
silverleaf [2004-08-06] Przede wszystkim chciałabym uaktualnić informację - owszem, rozwiązali się w 1993 r., ale w 2000 się reaktywowali. Wydali od tego czasu dwie płyty, A Rock in a Weary Land (2000) i Universal Hall (2003). Bardzo ciekawy, zapomniany i niedoceniony zespół. A już niektóre teksty Mike'a Scotta - moim zdaniem arcymistrzostwo (m.in. one zmotywowały mnie do nauki angielskiego). Szkoda, że ten ostatni album taki minimalistyczny - pod względem tekstowym również...
 
 
 
musiq.pl
 © 2003-2008   Zastrzeżenia Prawne   Linki